Cztery błędy popełniane przy tworzeniu dialogów

Tomasz Węcki


Cześć, mam na imię Tomek i jestem grafomanem. Od kilkunastu lat udaje mi się połączyć przyjemne z pożytecznym i utrzymuję się przede wszystkim z pisania. Byłem już dziennikarzem, piarowcem, copywriterem, ghostwriterem, dokumentalistą i autorem tekstów do gier komputerowych. Teraz możesz również przeczytać moją pierwszą książkę – „Wtajemniczenie”.

49 komentarzy

  1. Anonymous napisał(a):

    Czy wyprzedzę rozwijanie przez Ciebie tematu, jeśli zapytam jak właściwie należy łączyć tekst z dialogami? Nie chodzi mi tylko interpunkcję, lecz przede wszystkim o składnię, spójność między tym co opowiada narrator a tym co jest w dialogach. GR

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Hmm… Nie wyprzedzisz, bo tekst był planowany na wyższym poziomie abstrakcji. Generalnie, zasady takiego łączenia są bardzo proste. W literaturze polskojęzycznej do wyróżnienia kwestii w dialogu najczęściej używa się myślnika (Anglicy w ogóle tego zwyczaju nie znają i tolerują tylko cudzysłów). Myślnikiem zaczynasz i kończysz wypowiedź. Przy czym, całość traktujesz jak jedno zdanie. I tak, na przykład:

      – Marian, daj chochlę! – krzyknęła Mariola.

      To jest jedno zdanie, tzn. mimo wykrzyknika w środku (który pełni rolę emfatyczną) zaczynasz komentarz narratora małą literą. A i taki szczegół: na końcu wypowiedzi, po której jest komentarz w ramach tego samego zdania, nie stawiasz kropki. Wyjątek robisz tylko dla emfazy (wykrzyknik, pytajnik, etc.).

      OK, taka jest ogólna reguła, ale jak to w języku polskim, jest od tego wyjątek. Mianowicie, kiedy wypowiedź i komentarz do niej stanowią odrębne myśli, nie są powiązane bezpośrednio – wtedy nie możesz potraktować tego jak jednego zdania. Np.:

      – Marian, daj chochlę! – Głos w rurach.

      Jak widać, nie ma tego jak gramatycznie związać (bez zmieniania komentarza na np. „dobiegło z rur”). W takich przypadkach traktujesz wypowiedź i komentarz jak osobne zdania i zaczynasz oba dużą literą. A, no i stawiasz kropkę na końcu wypowiedzi. 🙂

    • Alphonso Maria DeLaVega napisał(a):

      Nie wiem czy wiesz, ale emotki w swojej podstawowej wersji wymyślił pisarz, długo przed internetowym szałem… Jak masz zapał to odszukaj tego pisarza, a być może tą droga poszukiwania odpowiesz także na swoje zapytania co do „prawa i poprawności” używania znaków interpunkcyjnych przez pisarzy, czyli artystów słowa pięknego! , a nie hiper dokładnego.

  2. Anonymous napisał(a):

    A jak połączć opis z dialogami, które po nim następują? :
    Marian krzątał się po kuchni, potem stanął jakby skamieniał. Na środku kuchni warczał na niego cicho borsuk. Przemknęlo mu przez myśl, że słyszał o nadryzionym ciele karła odnalezionym w norze takiego zwierzęcia, ale to było za oceanem. Ba! W Polsce nie ma borsuków. A może chodziło o rosomaki? Gapił się na najeżoną ostrymi zebami szczękę i małe złośliwe oczka. Chaos myśli dotarł do pęcherza i mimowolnie popuścił.
    – Marian, daj chochlę! – krzyknęła Mariola, odwrócona plecami do niecodziennej sceny.
    Chochla! Zacisnął dłoń na drewnianej rękojeści, ze strachu zupełnie o niej zapomniał! Trzymając ją przed sobą starał się nie bać. Dał pierwszy krok. Zwierze cofnęło się i zaszarżowało, a potem – skoczyło i postronny widz mógłby zobaczyć w rozszerzonych źrenicach Mariana błysk kłów borsuka, zanim zacisnęły się na tłustym podbrudku. Wrzeszczał, ale Mariola była zbyt głucha, stąd cięgle krzyczała.
    – Marian, ty matole, podajże… – odwracając się z gniewnym wzrokiem, kobieta ujrzała jak ogromne zwierze przysiadło na piersi jej męża, drapiąc pazurami. Na białym fartuchu wykwitły plamy krwi, zaś oczy mariana wywróciły się do tyłu. Zemdlał, bardziej z szoku niż z utraty krwi. Szyja była naprawdę gruba. Nie zdążył zauważyć ciosu patelnią, który powalił borsuka i odrzucił aż pod drzwi. Zwierze zafukało i zataczając się, uciekło przez dziurę w siatce na drzwiach.
    – Marian! – Mariola krzyknęła najgłośniej jak potrafiła. Zaczęła go nawet tłuc po zupełnie bladej twarzy, aż pojawiły się czerwone rumieńce.
    – Cośiestao…- wymamrotał i podał jej chochlę, ktora mimo całego zdarzenia nadal tkwiła w jego dłoni.
    – Już wszystko w porządku, kochanieński, już dobrze. Co to bylo. Jakiś szczur! Kot! Jedyny Boże Nazarenski, jak ja się bałam, czemu nic nie mówiłeś – potrząsnęła nim, trzymając za uwalany w krwi kołnierz. – Prawie dostałam zawału!

    😉 GR

  3. Tomasz Węcki napisał(a):

    Wydaje mi się, że wszystko jest w porządku z tym, jak przechodzisz między kwestiami bohaterów a opisem. Dłuższy opis jest w osobnych akapitach, co by nie konfudować czytelnika. Krótsze wtrącenia są w liniach wypowiedzi. Co mogło pójść nie tak? 🙂

    No, gdybym miał się czegoś przyczepić to tylko do tego fragmentu:

    „- Marian, ty matole, podajże… – odwracając się z gniewnym wzrokiem, kobieta ujrzała jak ogromne zwierze przysiadło na piersi jej męża, drapiąc pazurami.”

    To są dwa zdania. Trzon komentarza to „kobieta ujrzała”, a więc – czynność niezwiązana z wypowiadaniem kwestii. „Odwracając” powinno być dużą literą.

  4. Anonymous napisał(a):

    Czy jeśli są zdania złożone po wypowiedzi, należy używać dużej litery po myślniku? Taka zasada byłaby zbyt dużym uproszczeniem?

    Tak na marginesie, pod poprzednim wpisem dodałem tekst 😀 Stanowi fragment większego projektu, ale nie wiem co o nim myślisz 🙁 Byłbym wdzęczny za cokolwiek, jakąś radę.

    GR

  5. Tomasz Węcki napisał(a):

    Nie, nie, tu nie chodzi o złożoność zdania, tylko o relację komentarza do wypowiedzi. Jeśli komentarz to tak naprawdę kontynuacja zdania zaczętego wypowiedzą – no wtedy nie rozbijasz go i nie zaczynasz komentarza dużą literą. Na przykład:

    – Karolu, to ciasto jest zimne – powiedziała Jola, odsuwając talerz.

    Masz tutaj zdanie złożone w tej „komentarzowej” części. A jednocześnie, cała wypowiedź razem z komentarzem stanowią jedno zdanie. Czasownik komentarza to „powiedziała”. Można zamienić ten komentarz np. na „Jola odsunęła talerz” i wtedy będzie to już osobne zdanie. Odsuwanie talerza nie ma nic wspólnego z wypowiedzią, mogłoby się równie dobrze odbyć w milczeniu.

    • Alphonso Maria DeLaVega napisał(a):

      Przy czym musisz być świadom Tomasz, że mówimy tu o konstruowaniu mowy przez pisarzy, czyli artystów. Więc poprawne gramatycznie składnie dalekie są tej mowie. dla przykładu, ostatnio czytałem: Łaskawe – j. Littell, autor prowadzi długie akapity, które z lingwistycznego punktu widzenia są błędne, ale z artystycznego punktu widzenia nadają utworowi swego rodzaju „ciężkości i powagi” dla tematu jakim jest w tym utworze okres II Wojny Światowej.
      Dla jasności. Z tego co pamiętam dla pisarza literatury pięknej jest stworzone oddzielne miejsce dla popisu udanej komunikacji aktów mowy, którą realizują oni we wplecionej dydaktyce w utworze. Reszta to inna gra, że tak powiem, do głosu dochodzi retoryczny kunszt – a to już nie jest poprawna mowa tylko piękną mową (bonus). Dziś, z tych antycznych kanonów korzysta jedynie dydaktyczna literatura dla młodzieży, ot np. J. Verne – po jego lekturze czyż nie czuliśmy „tego bogactwa wiedzy przybyłej” np. o różnicach czasowych w opowieści, chyba każdemu znanej? Tak wiec, poprawność języka dawny autor przejawiał udanym aktem komunikacyjnym w dydaktycznym wywodzie. Gdy o tym pomyśleć, to wręcz oczywistym staje się fakt, iż nie sposób przez 100 lub 1000 (np. S King) stron prowadzić ściśle udanego aktu komunikacyjnego, bo człowiek nie ma aż takiej pamięci by po 666stronie pamiętać, co było na 66stronie. Mam nadzieje, że pomogłem „wybrać dalsza drogę” w badaniach nad literaturą, która wciąż zachwyca i pozostaje niezbadanym fenomenem.

  6. Alphonso Maria DeLaVega napisał(a):

    A kto pamięta z dawnych autorów sermocinatio bohaterów, gdy solilokwia wygłaszali ” na boku , głośno do siebie” w ten sposób ujawniając myśli wewnętrzne?. A dziś, współcześnie bezpośrednio „wchodzimy” do umysłów postaci. Oto piękny przykład typologicznych przemian literatury na tle społecznego rozwoju ludzkości, bo nie trudno odgadnąć, że współczesny pisarz „wszedł” do umysłu bohatera za sprawą takich myślicieli jak np. psychoanaliza S. Freuda. Zdaje się, o ile dobrze pamiętam to Platon zapoczątkował dialogiczną wypowiedź, gdy w swoich pismach zwracał się do mistrza Sokratesa. Natomiast, co do pisarzy to są oni „odczytywani” pod kątem krytyki, a nie sensu znaczenia, ot i dlaczego długim krytycznym wywodom może nie być końca, gdy bierze się na ruszt utwór… nawet i takich jak Szekspir. Natomiast, moim osobistym zdaniem – to właśnie te błędy krytyczne ukazują prawdziwe piękno pisarstwa: czyli sztuki literatury pięknej, pięknej, bo ci „prześcigający” się w pomysłach , by zachwycać widza autorzy – cudują i eksperymentują na „dziwaczne” (artystyczne) sposoby. Pozdrawiam i popieram, dyskutujmy o literaturze w jakikolwiek sposób zgłębiajmy „myśl” nie dajmy się błahej ikoniczności reklam co krok, które wypaczają ” głęboka myśl” czyniąc z nas próżnych i bezcelowych konsumentów.

  7. Alphonso Maria DeLaVega napisał(a):

    Hej. Ja z przyjemnością poddam twój Anonymus tekst, jednak w prośbie do Tomasz, w której piszesz, że byłbyś wdzięczy za poradę i myśl o tekście przejawiasz dwa emotki ( znaki emocjionalne) i słowem „wdzięczność” wyrażasz emocjonalny stosunek do prośby o kilka słów krytyki. Tu, od razu cię Anonymus znokautuje, że zdradzając tyle emocji, po prostu oczekujesz przychylnej pokrzepiającej do dalszego pisania porady. Tak czy inaczej nie będę po tobie jechał jak po starej kobyle ( to żarcik, dla rozluźnienia, stary:). Cały tekst jest niedojrzały, ale właśnie tak, na błędach powstają prawdziwi pisarze, więc, do cholery i tak musisz to kontynuować i po tym kolejne teksty i kolejne, i kolejne… aż pewnego dnia doznasz przemiany na wyższy szczebel pisarstwa – to są piękne i osobiste doznania, które są największą nagrodą nie tylko dla pisarza, ale każdego kto wytrwale kształci rzemiosło – tak szlifuje się dusza w pisarzu i nie ma innej drogi. A teraz perełki nieoszlifowane. Podobała mi się sytuacja poszczanego Mariana z zaciśniętą w ręku chochlą – fajny i znany w komediach żart postawienia kogoś w przykrej sytuacji, by zaraz wyśmiać, sytuacja fajna, ale niedoszlifowana, zamiast salwy śmiechu odbite kły w oczach zaszczańca przywodzą na myśl kreskówki w których łotr dostaje po łbie patelnią i albo popadłeś w manierę z bajek, albo tak cię oczarowała (posłuchaj siebie) sytuacja poszczanego Mariana z chochlą w ręku, że z braku podstawowej wiedzy o sztuce literackiej przyrównałeś Stworzona przez siebie piękną sytuacje do czegoś znanego z zewnątrz, bajki, horroru… nie wiem, aż tak się nie znamy. Kolejny fajny trik, to zaproszenie odbiorcy na scenę: (…)postronny widz(…), oczywiście to stary jak mowa teoretyczna do audytorium trik, ty próbowałeś z niego wybrnąć tekstem: Marian ty matole – to ładnie podkreśla przedstawienie sytuacji zaszczańca z chochlą, który jak słup stoi w miejscu i dygocze nogami ze strachu. Dalsza część fragmentu to jakiś pastisz horroru chyba ma być, choć mi osobiście skojarzyło się ze skeczami MontyPajtona, gdy wyprawę rycerska po św. grala zaatakował krwiożerczy królik.
    Anonymus, stary, mam nadzieje, że moja szczera krytyka posłuży. Do błędów ortograficznych, interpunkcyjnych nie mam zastrzeżeń. Po mimo, że występują, treść jest odczytywalna i jasna, a to najważniejsze ( uwierz mi czytałem takich amatorów, którzy w dosłownie trzech zdaniach ogłaszali swoje utwory za skończone i bądź mądry – sam sobie w głowie rozwiń opowieść). Uwagi pomocne, acz możesz oblać i skupić się tylko i wyłącznie na pisaniu, pisaniu, pisaniu i jeszcze raz pisaniu. Polecam, ten , czy inny tekst zachować w kuferku, a gdy zapał do pisania nie minie i pragnienia zmężnieją – to weź sobie raz jeszcze na warsztat dany utwór i przerób tak jakbyś go chciał widzieć w pełni gotowego do „wyjścia w świat do ludzi” . Ogólnie tekst wskazuje, że zmierzasz w kierunku literatury pięknej – dziś znanej pod nazwą: beletrystyka, innymi słowy opowieści fabularne (zmyślone). Tu, polecam poszukiwać wiedzy u antycznych klasyków, zdaje się Arystoteles zapoczątkował teoretyczny wywód utworu poetyckiego krok po kroku. W brew pozorom, luźne myślenie o konstruowaniu utworów fabularnych jest złym kierunkiem w wirtuozerii ich tworzenia. Luźne mowy, pozbawione fabuły, teorie narracyjne to już poważniejsza mowa o głębiach filozoficznych, społecznych, czy innych nauk, a poczatkującym adeptom pisarstwa, którzy bez wiedzy podstawowej o sztuce rzucają się na los ( to widać u tych pisarzy, którzy dramatyzują nad losem postaci swoich utworów i pod ta kwestia prowadza utwory) wydaje się, że tak ma brzmieć fabuła – „na luzaka”. NIE! W utworach fabularnych trzeba rygorystycznie przestrzegać reguł komponowania fabuły. Ano, dlatego, bo ludzie nie są debilami i potrafią czytać i odczytać, czy dany utwór ma to „coś” w sobie, czy tylko autor liczył, ze wystarczy artykułować słowa dla pieniędzy. Tak wiec, utwory fabularne, przez fakt, że są zmyślonymi bajkami wymagają surowego przestrzegania reguł artystycznego tworzenia – one dla odbiorcy oferują właśnie to – nie intelektualne pojęcie czy doznania tylko popis komponowania rzemiosła. Podpowiem ci jeszcze, że współczesne przemiany wyparły „zabawę słowem” np. ukierunkowywanie metafor w utworze, które u dawnych poetów są „żywe”. Współcześnie, ze tak powiem, zlewasz wszelkie starania językowe, skupisz się tylko na tym aby artystycznie dało się odczuć „budowę” fabuły zmodyfikowana z narracją. Jedynym nowożytnym ozdobnikiem jest rozbicie całej mowy na rozdziały ( nie tak jak dawniej dyspozycja na: 2, 3 lub 5 aktów, lub jak wolisz: początek argumetu-mocny, srodek argumentu-mocniejszy i zakończenie argumentu-najmocniejsze emocjonalnie – powinieneś to znać ze szkoły, w podstawówce tego uczyli za moich lat). Tak wie, dzielenie całości na rozdziały, samo przez się mówi o formie nie treści. No stary, ja bym dorzucił tez manieryzmu kilka lekcji – to najwspanialsi symboliści i formiści.
    Pisz, po prostu pisz i kochaj albo nienawidź. W każdym razie nie bądź obojętnym!

  8. rubaszny_filigranowiec napisał(a):

    Ej, odnośnie pierwszego punktu, to ja właśnie tak rozmawiam z ludźmi!

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Odpowiadają Ci w taki sam sposób? 😀

      • rubaszny_filigranowiec napisał(a):

        Niestety jestem w tym dość osamotniony 😛

        Korzystając z okazji, bardzo ciekawa strona. Przejrzałem/przeczytałem już praktycznie większość i muszę stwierdzić, że znaczna część treści pokrywa się z moimi własnymi przekonaniami i spostrzeżeniami.

      • Tomasz Węcki napisał(a):

        Dzięki. Będzie tego więcej, więc mam nadzieję, że wrócisz po resztę. 😉

  9. Teodozjusz napisał(a):

    Kiedy będzie ten zapowiadany drugi tekst o dialogach? Już jest nowy tydzień.

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Mam obsuwę z tym tekstem – wychodzi na to, że to bardziej wymagający temat, niż sądziłem. Na razie planuję wrzucić drugą część w okolicach soboty. W międzyczasie mogą się pojawić inne, mniejsze teksty, moje lub Ani.

  10. Basia napisał(a):

    Brakuje mi w tekście omówienia jednego bardzo często popełnianego błędu. Takiego, który czyni tekst szkolnym, wyciosanym, robi z niego masło maślane i negatywnie wpływa na tempo. Śmieci, dopowiedzenia typu: rzekł, powiedział itp. To zupelnie niepotrzebne w dialogach, bo sam ich zapis sugeruje czynność mówioną. Oczywiście gdy istotne są emocje, gdy ton, głośność ulga zmianie takie czasowniki są przydatne, ale wtedy i tylko wtedy! Pozdrawiam

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Słuszna uwaga, choć moim zdaniem nadmiar nieistotnych słów to problem mało specyficzny dla dialogu. Ogólna zasada dobrego pióra jest taka, że pisze się oszczędnie. Dialogi nie są tu wyjątkiem. Dziękuję jednak za wzmiankę, rzeczywiście warto o tym pamiętać. 😉

  11. rubaszny_filigranowiec napisał(a):

    Z chęcią będę zaglądał na stronę. Zważywszy na fakt, iż sam staram się pisać, lecz nie szukam wydawcy z wiadomych względów, znajduję tu wiele interesujących informacji. Ktoś powyżej wspominał o literaturze anglojęzycznej. Czytam obecnie książkę w tym języku i muszę przyznać, że koncepcja umieszczania dialogów w cudzysłowie jest o wiele wygodniejsza i bardziej jednolita dla całości tekstu. Lepiej się go potem czyta.

  12. Kamil napisał(a):

    Dodam od siebie parę zdań, niekoniecznie pochlebnych. Na samym początku oddam jednak rację, co do rozwlekłości dialogów – nie mogą one wypełniać stron tylko dlatego, że ktoś nie ma pomysłu na dalszą historię albo dlatego, że ma się chwilowy zastój. Rozumiem również próbę zebrania wszystkiego w całość i traktuję to jako poradnik dla początkujących. Poważne zastrzeżenia budzi u mnie natomiast fakt, że z jednej strony sugerujesz wyzbycie się sztampowych wypowiedzi dla danych postaci, podczas gdy już na samym początku tworzysz właśnie schemat prawidłowego pisania. Wygląda to tak, jakby tylko w ten sposób można było pisać dobrze, a to nieprawda. Zamiar sam w sobie jest oczywiście zrozumialy i jak najbardziej prawidłowy, natomiast podejrzewam, że nie wziąłeś pod uwagę czegoś takiego jak własny styl i nowatorskość. Wszystko zależy od tego co się pisze i jaki ma się zamiar. Nie ma jednego przepisu na sukces książkowy, bo to jest uzależnione od zbyt wielu czynników. Poza tym umówmy się – nie każdy do tego się nadaje. Nie wystarczy np. pisać oszczędnych dialogów, żeby dobrze pisać. Czasem sytuacja wymaga skondensowania historii właśnie tak jak tobie się to nie pdooba – czyli w sposób ładny i przemyślany, bo jeśli tworzysz od początku świat np. fantasy, pewne rzeczy wymagają wyjaśnienie i pewne rzeczy można opisać, a pewne przedstawić w dialogu, żeby wykazać różny stosunek do rzeczywistości. W przypadku powieści np. współczesnej mającej miejsce np. w Portland w stanie Oregon nie jest to już konieczne i może ograniczać się co najwyżej do wzmianek w dialogach albo w wewnętrznych monoglogach. Zbyt wiele uogólnień stosujesz i nie jest to długi poradnik. Mam odczucie, że u bardziej wymagających wprowadza spore zamieszanie. Na siłe stosowanie pewnych porad ma skutek odwrócony od zamierzonego. Ludzie popadają w jeszcze większe schematy.
    Pozdrawiam

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Kamilu, „Poradnik pisania” nie jest pisany z myślą o mistrzach pióra, którzy szukają sposobów na zniuansowanie swojej twórczości (cóż, przynajmniej w tej chwili nie jest dla nich pisany!). Jeśli mogę dla kogoś pisać, to dla początkujących, którzy z chęcią przyjmą każdy punkt orientacyjny, oraz dla średniozaawansowanych, którzy są już zupełnie samodzielni, ale ciągle mierzą się z różnorakimi przeszkodami, więc są ciekawi tego, jak inni sobie z nimi radzą. Patrząc obiektywnie na moją własną twórczość, nie mogę się uważać za mistrza, więc rad na tym poziomie też nie mogę dawać. Ten i inne artykuły informują więc o podstawach, fundamentach. Oczywiście, że można wyciągać z nich dalsze wnioski. Na fundamentach się zaczyna a nie kończy budowę.

      Mówisz, na przykład, o „nowatorskości” – że stosowanie się do moich rad staje jej na przekór. Nowatorskość w treści to rzecz wielce pożądana i tak się składa, że moje rady nijak się do niej nie mają. Nowatorskość w formie to jednak zupełnie inna para kaloszy. Ludzie piszą od dawien dawna, przez ten czas zdążyliśmy się nauczyć paru rzeczy o tym, jakie formy tekstu działają, a jakie nie. Jeśli nie poznasz podstaw i nie nauczysz się replikować sprawdzonych form, ostatecznie skończysz odkrywając koło na nowo.

      Tak samo z Twoim własnym stylem. Przecież się z nim nie rodzisz, musisz go wypracować. Ostatecznie jest to kompromis między tym, co działa dla czytelników, a tym, co działa dla Ciebie.

      No i jeszcze ta „kondensacja” historii. Sytuacja nigdy nie wymaga „kondensowania historii tak, jak mi się to nie podoba”. Niestety. Każdą treść możesz przekazać na różne sposoby i nie musisz koniecznie powielać złych wzorców z kiepskiego fantasy. Chcesz pokazać, że postacie mają odmienne opinie na temat jakiegoś wydarzenia z historii świata? Świetnie – skup się na tym. Na pokazaniu odmiennych opinii. Nie na streszczaniu wydarzenia! Nie rób z dialogu śmietnika, gdzie z lenistwa wrzucasz rzeczy, których nie chciało Ci się pokazywać w inny sposób.

      Ale powiem tak: nie roszczę sobie prawa do wszechwiedzy, a już tym bardziej nie udaję, że jestem nieomylny. Wszystko, co mówię, wynika z mojego doświadczenia i przemyśleń, ale jeśli nie zgadzasz się z tymi radami – no przecież nie będę Ci stał nad głową i bił linijką jak napiszesz inaczej. Jeśli popełnisz błąd, którego mogłeś uniknąć, i tak tylko Ty poniesiesz konsekwencje.

    • Kamil napisał(a):

      Nikt nie jest wszechwiedzący, tak jak to słusznie zauważyłeś i nie mam zamiaru również podważać Twoich sposobów przekazywania wiedzy. Zauważam po prostu pewne niuanse, na które w moim przekonaniu, powinni zwracać także początkujący. Poza tym – fantasy. Jasne, wiele osób myśli, że w fantasy wszelkie chwyty są dozwolone i ja jestem temu absolutnie przeciwny. Natomiast jeśli chodzi o dialogi, to po pierwsze: nie wspomniałem słowem o streszczaniu wydarzenia w dialogach, więc nie wiem skąd ten wniosek 🙂 Po drugie, uważam, że wszystko zależy od kontekstu i tego co się chce przekazać. Raz trzeba użyć dłuższej wypowiedzi, raz krótszej. Wyrobienie sobie tego wyczucia zajmuje wiele czasu i jest okupione najczęściej metodą prób i błędów nawet jeśli będzie się stosować wszystkie powyższe zalecenia. Rozmowa prostego rzeźnika z miejskim krzykaczem rzeczywiście będzie wyglądać sztucznie, kiedy zaczną rozprawiać nad panującym prawem w mieście odnośnie opłat celnych używając przy tym skomplikowanych wyrażeń. Nie widzę jednak nic złego, by załóżmy zatrudniony złodziej przez bogatego barona wyjaśniał mu sposób w jaki chce dokonać rabunku cennego pergaminu w Ratuszu Miejskim za pomocą dialogu. Niektóre rozmowy nie ograniczają się przecież do kilku zdań, trwają długo, tylko przerywane są odpowiednimi opisami emocji albo obserwacjami.

      I jeszcze raz powtórzę: moje obserwację są tylko moimi obserwacjami i nie mają za zadanie podważać Twoich rad, które są jak najbardziej trafne. Identyfikuję się z nimi i raczej próbuję dopowiedzieć pewne rzeczy, które przyszły mi na myśl podczas czytania Twojego wpisu 🙂

      Pozdrawiam

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Ja, niestety, widzę więcej wad, niż zalet takiego rozwiązania dialogowego, jakie proponujesz – czyli że złodziej wyjaśnia niecnemu baronowi plan napadu. W sensie – jasne, obaj czytaliśmy podobne sceny, wiemy, że da się je napisać nawet ciekawie (jeśli dorzucić elementy spoza schematu, np. konflikt osobowości albo wstawki komediowe). Samo w sobie takie rozwiązanie nie jest więc skazane na porażkę. Pomyśl jednak nad alternatywami. Jeśli przedstawisz plan w akcji, a nie za pośrednictwem gadających głów, masz okazję, żeby np. wykorzystać suspens (czytelnik nie wie, co jest częścią planu, a co nie jest). Masz okazję zbudować ruchomą scenę, a nie statyczą jak w teatrze (dwóch gości gada sobie w pokoju). No i wreszcie – to podczas akcji może nastąpić jakieś zaskakujące zdarzenie, które całej scenie nada wyrazu. W pokoju, planując napad, mogą się co najwyżej powyzywać od durni. Gdy masz wybór, zawsze lepiej pokazywać sytuacje, w których stawki są wyższe.

      Tak więc wiesz – jasne, jak chcesz, to możesz włorzyć w usta postaci informacje na temat tła lub akcji. Z mojego doświadczenia jednak – łatwo się na tym przejechać. Co więcej, często takie ambicje psują dialogi i sprawiają, że scena wygląda drętwo. Stąd moja rada, żeby omijać takie bagno z daleka. Po co obierać trudniejszą drogę, skoro niczego się dzięki temu nie zyska?

      • safona napisał(a):

        Żeby przekraczać normy w sposób nowatorski, wpierw trzeba mieć świadomość ich istnienia, więcej – należy umieć się w ramach tych norm dość sprawnie poruszać. Potem można mówić o nowatorstwie, o budowaniu niepowtarzalnego stylu. By przywołać przykład trywialny – Białoszewski. Nie jest Białoszewskim piątoklasista, którego wypracowania cechuje potok składniowy, ewentualnie urywane, niezborne zdania, co to nie mają początku, końca ni śladu myśli, w wyniku której miałyby powstać. Tak sądzę. Przekroczenie normy (jakiejkolwiek) w pisarstwie musi być nacechowane artystyczną funkcją, mało tego – musi być czytelne dla odbiorcy. Błąd, który nie jest błędem, a niesie dodatkowe znaczenia – to jest kunszt, nie usterka i brak warsztatowy. Na tym sztuka polega. Zwana literaturą wysoką przez niektórych. Albo indywidualnym stylem. A błąd popełniany w głębokim przeświadczeniu piszącego, że nie jest błędem, to kuriozum, przy którym niektórzy lubią się upierać. I zarzucać redaktorom brak zrozumienia dla artyzmu ich dzieł. Przy czym, zapytani o cel popełnienia (przecież celowego – jak twierdzą) tegoż błędu, odpowiadają: A czy w literaturze wszystko musi mieć cel? To takie prozaiczne (sic) podejście. Tak po prostu jest ładnie (!!!). I co Wy na to?

  13. Kamil napisał(a):

    Jeszcze tak mi się przypomniało w przypadku karczmarzy. Sięgając do historii choćby średniowiecznego Londynu, karczmarz pełnił w społeczeństwie ściśle określoną funkcję i równie podobnie był odbierany ze względu na przynależność cechową. Jego wygląd fizyczny zazwyczaj ograniczał się do pewnych cech stąd schematy – karczmarz zawsze miał fartuch i zawsze miał go ubrudzonego, choćby i tylko z tego powodu, że nie było dostępu do bierzącej wody. I do tego momentu nie uważam, żeby to był jakiś błąd, wręcz przeciwnie, myślę, że ktoś używając tego schematu wykazuje się wiedzą dotyczącą tamtych czasów. Rysy psychologiczne o których mówisz są rzeczywiście istotne z punktu widzenia atmosfery samej książki, nie można jednak wszystkiego robić na siłę i byłbym skłonny do wielkiej ostrożności w tym zakresie. Łatwo przesadzić i zamiast realistycznej postaci stworzyć manekina z ograniczonym zasobem słów. Podjąłeś bardzo delikatny temat, niezwykle trudny do uchwycenia i jednoznacznego ocenienia. Jestem jednak jak najbardziej za takimi inicjatywami, bo poza drobnymi błędami (z mojego skromnego punktu widzenia) dobrze ukierunkowują młodego pisarza 🙂

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Ech. Jaki jest sens opisywać każdego karczmarza w ten sam sposób? Jeśli w Twojej historii występują w większej liczbie, to chyba nie są klonami, więc warto skupić się na ich cechach osobniczych, a nie generycznych? Jeśli występuje jeden – do diaska, tym bardziej! Przecież wtedy masz okazję, żeby pokazać jego charakter.

      W sytuacji, gdy karczmarz jest zupełnie nieistotny dla fabuły i pojawia się jako postać trzecioplanowa, najprawdopodobniej jego opis wystarczy skończyć na słowie „karczmarz”. Czytelnik nie musi wiedzieć, że koleś jest gruby, wąsaty i w brudnym fartuchu, bo taka wiedza do niczego mu się nie przyda.

      O ile nie chodzi Ci o zwrócenie uwagi, że opisywane czasy są brudne, albo że moda taka, że mężczyźni noszą wąsy – albo że karczmarz gruby, bo ma dobrą fuchę i mu się powodzi, w przeciwieństwie do reszty chudego społeczeństwa – o ile nie chodzi o ZWRÓCENIE UWAGI czytelnika na te konkretne rzeczy, sztampowy opis karczmarza jest redundantny i świadczy raczej o lenistwie niż przenikliwości. Tymczasem jeśli rzeczywiście kierujesz uwagę czytelnika w jakąś stronę, nie ograniczysz się do jednego opisu jednego karczmarza. Brudny świat będzie brudny wszędzie, gdzie spojrzysz. Wąsa znajdziesz na twarzach większości bohaterów. Kupcy i szlachta będą mieli brzuchy, podczas gdy chłopi i służba będą chudzi jak patyk. Nie dorabiaj filozofii do lenistwa.

    • Kamil napisał(a):

      Nie wiem dlaczego tak bardzo nerwowo podchodzisz do zwracania uwagi na pewne sprawy, a szkoda, bo liczyłem na rozsądną wymianę zdań. Karczmarz jest brudny, a rzeźnik zakrwawiony, a w mieście brudu i szybkiego tempa setki karczmarzy zlewają się w jedną masę – stał za ladą gruby i leniwy karczmarz, czyszczący drewniane kufle brudną szmatą, której nie użyłbym nawet do przetarcia świńskiego koryta. Wyglądał jak typowy przedstawiciel tego cechu: z obwisłym brzuchem i sumiastym wąsem opadającym łukowato na brodę. Co w tym nudnego, że wygląda jak każdy karczmarz, hm? Chodzi o sposób przedstawiania i o kontekst. I kiedy za każdym razem robi się to w ten sam sposób, owszem, zaczyna być to nudne, ale jak to się podkreśla, to znaczy że ma to jednak pewną wartość, bo tak wygląda rzeczywistość, że nitkórzy są przeciętni. Tyle.

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Ależ ja nie reaguję nerwowo! 😉 Natomiast karczmarz, jakiego opisałeś, to klon setek tysięcy innych karczmarzy. Czy można go tak opisać? Jasne, papier i ekran komputera zniosą wiele. Czy taki opis buduje klimat? Nooo, ja wnioskuję z tego, że znalazłem się w typowym fantasy a la Sapkowski, jakiego na pęczki w Polsce. Jeśli o takie skojarzenia i klimat Ci chodzi, to skutecznie je zbudowałeś.

      Czy czytelnik przeczyta ten fragment z ekscytacją? Szczerze wątpię. Czy dowie się z niego czegoś wartościowego? Nic ciekawego na temat postaci karczmarza, co najwyżej na temat tego, czego spodziewać się po dalszej części tekstu (tzn. kolejnych kalek). Czy warto było marnować na taki opis dwa zdania?

      I żeby nie było: Twój opis na poziomie słowa, konstrukcji – jest fajny. Ale to nie o to chodzi. Jeśli karczmarz odgrywa jakąś rolę w fabule, nie może być taki, jak wszyscy inni karczmarze. Musi mieć osobowość. Jeśli jest na trzecim planie i występuje jako element tła, wtedy nie zasługuje na dwa zdania opisu (nie zawsze, jak mówisz – wiele zależy od kontekstu, ale myślę, że to sensowna reguła w większości wypadków).

    • Kamil napisał(a):

      Bardzo dobrze rozumiem o co Ci chodzi – szkoda czasu na coś, co jest mało istotne, a jaszcze gorzej to wypada, gdy ta postać jest bezbarwna. Pomaltretujmy dalej nieszczęsnego karczmarza. Karczmarz wyłonił się z piwnicy nie bez problemu wtaczając po schodach beczkę pełną wina. Zaskoczył mnie swoim wyglądem. Wątły, przygarbiony, łypiacy na otoczenie podejrzliwym wzrokiem wnikliwego obserwatora i ubrany w schludny surdut o niebieskich pofalowanych mankietach. Kiedy mnie zobaczył, otarł czoło z potu, zassał powietrze do zapadniętych policzków, po czym wypuścił je z cichym sykiem. Machnął ręką, żebym podszedł. Jego szklane oko błysnęło, jakby chciało mnie prześwietlić na wylot.
      Tutaj nie ma typowego karczmarza, proponujemy coś nowego, coś z czym czytelnik się nie spotkał i wydaje się to dużo bardziej ekscytujące – to jest Twój punkt widzenia. Różnorodność i paleta możliwych zachowań ograniczona jest tylko naszą wyobraźnią, nie uważam jednak, że stosowanie ciągłej odmienności wpływa pozytywnie na kształtowanie właściwej realności świata przedstawionego. Wydaje mi się, że trzeba umiejętnie przeplatać pospolitość z odmiennością i umieć to wypośrodkować, by nie popadać ze skrajności w skrajność (od nudy, do nadmiaru różnorodności). Myślę, że powoli zbiegamy się we wnioskach i osiągniemy wkrótce konsensus 🙂

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Aj waj! Opis rzeczywiście nastawiony na udziwnianie. 😛 Ale zostawmy to. Powiem prosto. Wszystko, co umieścisz w opowieści musi mieć swój cel. Przede wszystkim (główny cel), chcesz dotrzeć do czytelnika, wciągnąć go i dostarczyć mu ciekawego doświadczenia (czyli, na przykład: nie możesz go zanudzić albo zawalić nieistotnymi szczegółami). Twój cel drugorzędny (ale ciągle na tyle istotny, żeby mieć go cały czas w głowie) to dać adekwatny wyraz artystycznemu zamysłowi, który przyświecał Ci, kiedy w ogóle decydowałeś się stworzyć opowieść.

      WSZYSTKO, co wrzucisz do opowieści, musi zbliżać Cię do OBU CELÓW (przy zachowaniu ich hierarchii, czyli lepiej napisać coś mniej ambitnego, niż przeszacować ambicje i stworzyć coś nieczytelnego).

      Masz rację, że w opowieści jest miejsce i na banał, i na cuda – oczywiście, że tak. Ta dychotomia nie jest jednak zbyt istotna. Czy inaczej: nie ma idealnego stosunku dziwów do codzienności. Liczy się tylko kierunek, w którym chcesz poprowadzić czytelnika. Jeśli karczmarz jest nieistotny dla tego kierunku, niech będzie po prostu „karczmarzem” – i niech znika po przyniesieniu piwa. Jeśli jest istotny, to nawet jeśli ma wąsy i brzucha, niech będzie widać jego osobowość. Spraw, żeby jego obecność nie wywoływała skojarzenia „aaa, kolejny karczmarz”. Jeśli wygląda banalnie, niech bohater go zna i w narracji napomknie coś o ich wspólnej przeszłości. Albo niech karczmarz powie coś ciekawego. Albo niech nie mówi absolutnie nic, pod żadnym pozorem, tylko ciągle poburkuje.

      Tylko o to chodzi – o wagę i znaczenie danego elementu dla opowieści. Jeśli coś jest nieistotne, poświęć temu możliwie najmniej czasu; tylko tyle, ile musisz. Jeśli coś jest istotne, zawsze nadaj temu elementowi charakter, nawet jeśli ma się to przejawiać w seplenieniu i zezie rozbieżnym.

  14. Kamil napisał(a):

    I w sumie jeszcze jedna rzecz mi przyszła do głowy! Nigdy nie miałem tylu przemyśleń po przeczytaniu jednego tekstu, za co też serdecznie przepraszam, bo wprowadza to pewien bałagan 🙂

    Na przykładzie dwóch wieszczów – Słowackiego i Mickiewicza. Pierwszy pisał bardzo oszczędznie, drugi rozwlekle. Nie ma co się porównywać do tych dwóch znakomitych osobowości, ale warto zauważyć prawidłowść, żę każdy z nich został doceniony. Wracając do naszego tematu, według mnie nie ma znaczenia długość utworu i nie ma niepotrzebnych słów byle one oddawały to, co pisarz/poeta miał rzeczywiście na myśli. Oczywiście trzeba to przekazać umiejętnie i za pomocą odpowiednio dobranych słów, wyrażeń etc… Jeden zrobi to jednak w czterech zdaniach, inny w jednym. Podobnie jest z dialogami. Myślę, że problem jest ze współczesnym odbiorcą, który skupia się głównie na akcji i nie przywiązuje prawie żadnej (albo rzadko) uwagi do wartości merytorycznej samego tekstu. Najistotniejszy jest brak nudy przez co wymusza się, by wszystko kondensować. Moim zdaniem dobry tekst sam się obroni i nie potrzebuje do tego ograniczeń. 🙂

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Słowacki i Mickiewicz – obaj przereklamowani. 😉 Współcześnie jeszcze Słowacki by się obronił, choć pewnie nie zrobiłby takiego wrażenia, jak kiedyś. Mickiewicz nie miałby szans najmniejszych na popularność (choć pewnie wygrałby niejeden konkurs poetycki!).

      Słusznie zauważasz, że współczesny czytelnik jest niecierpliwy, nie znosi smęcenia, pierdolenia i marnowania czasu. Chcesz pisać dla niego, czy dla kogoś z dziewiętnastego wieku? A może – tylko dla siebie?

      Nie twierdzę, że musisz – jak to ujmujesz – na siłę skracać i minimalizować swoją twórczość. Pamiętaj jednak, że jeśli rzeczywiście możesz dokładnie to samo znaczenie (z tymi samymi konotacjami emocjonalnymi, skojarzeniami, etc) przekazać w jednym zwięzłym zdaniu, ale za to przekazujesz w pięciu – masz o cztery za dużo. I to nie jest mój wymysł, ale najbardziej naturalna zasada dobrego stylu pisania.

      • Tiamat napisał(a):

        Panie Węcki, Słowacki i Mickiewicz nie potrzebują Pana komentarzy, aby zaistnieć. Słowo „przereklamowani” świadczy o Pana poziomie i nastawieniu.

      • Cześnik Salomei napisał(a):

        Panie Tiamat, Słowacki i Mickiewicz są jak najbardziej przeceni, przerośnięci formalnie i przez ostatnie sto z górą lat stanowczo przereklamowani. Obecnie są czytani jedynie pod przymusem przez dzieci w wieku szkolnym. Niestety, ich poezja zestarzała się straszliwie i choć chciałoby się by poruszała, nie porusza już nikogo oprócz garstki żyjących zamierzchłą przeszłością romantycznych ignorantów.

    • Kamil napisał(a):

      Ok, tu się zgodzie 🙂 A pisze się tak, jakie są czasy. Wergiliusz też nie zyskałby sympatii w XXI wieku czy Wielki Testament Francoisa Villona.

  15. Soulmate napisał(a):

    Bardzo pomocny post, daje do myślenia. Mam problem z tym nadawaniem cech postaci i widzę, że będę musiała nad tym dużo bardziej niż myślałam popracować.
    I fakt, dialogi wcale nie są proste – łatwiej mi się tworzy opisy. Jakieś pięć lat temu miałam odwrotną sytuację. Starość nie radość 🙂

    • Tiamat napisał(a):

      Starość sobie tylko wmawiamy. Doświadczenie nabywane z wiekiem, natomiast, to skarb.Ja mając lat 20 nigdy nie napisałabym dobrej powieści. Coś, za coś.

  16. Wiktoria napisał(a):

    Z mojej strony taka drobna refleksja, czy pisanie dialogu z pominięciem komentarzy jest przestępstwem? Jeśli już, to na ile linijek można sobie pozwolić?

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Nie jest przestępstwem. Komentarze nie są obowiązkowe. Można pisać bez nich. Po prostu – zazwyczaj dodają więcej, niż odejmują, więc ich używanie po prostu się opłaca.

  17. Hannah napisał(a):

    A co w przypadku długiego monologu, gdzie część wypowiedzi z różnych względów (estetycznych, rzeczowych itp.) musi wylądować w kolejnym akapicie? Wiadomo, że zaczynamy od myślnika, ale jeśli kolejny akapit tej samej wypowiedzi zaczniemy myślnikiem, to zostanie to potraktowane jako wypowiedź kolejnego bohatera. Natomiast jeśli nie będzie tam myślnika, to z kolei będzie to potraktowane jako narracja lub opis.

    W tekstach anglojęzycznych sprawa jest jasna – dopiero, gdy pojawi się kończący cudzysłów, wtedy jest koniec wypowiedzi…

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Moim zdaniem w ogóle używanie tak długich monologów, że trzeba je rozbijać na akapity – to błąd. Najlepiej wydzielić taki fragment jako osobną „opowieść w opowieści”, albo wyrzucić do oddzielnego, dedykowanego rozdziału. Albo zamienić monolog w dialog, dodając jakiś drobny komentarz od postronnych, w miejscach, gdzie chcemy złamać akapit (rozwiązanie wydaje się naciągane, ale wykonane pomysłowo może bardzo zdynamizować scenę).

      Ale ok – zakładając, że ktoś się uprze i wciepnie ten wieloakapitowy monolog… Jedynym wyjściem, jakie znam, jest rozpoczynanie nowych akapitów monologu bez myślników. I bez cudzysłowów. Ot, jakby był to opis. Mylące, ale co poradzisz (chyba że ktoś słyszał o innym patencie?).

  18. Elfir napisał(a):

    Zastanawiałam się nad wprowadzeniem długiego monologu, który miał wyjaśniać zawiłości historyczno-dynastyczne – coś jak opowieść o starszej krwi opowiedziana na spotkaniu Loży u Sapkowskiego.
    Aby nadać mu dynamizm przerywałam wtrąceniami i komentarzami pozostałych słuchaczy.

  19. Kamil Naja napisał(a):

    Świetny blog, dodaję do RSS.

  20. Roxie napisał(a):

    A co, jeśli dialogi są „drewniane”? Z czym to ma związek? Bardziej z lekkością pióra, czy może z kreacją bohaterów? A może jeszcze z czym innym?

  21. marta napisał(a):

    gówno mi pomogło

  22. Tiamat napisał(a):

    Bardzo ciekawe, bardzo pomocne! Dziękuję! Twórczość literacka jest trudniejsza od komponowania muzyki i malowania obrazów. Obraz mogę namalować w ciągu pół roku, duży utwór muzyczny stworzę w ciągu trzech miesięcy, ale powieść…
    Ta, zabiera lata.

  23. Tiamat napisał(a):

    Czy takie słowo jak „no” powinno być używane w języku literackim? Co oznacza?
    Czy jest granica w stosowaniu opisów dotyczących aktów przemocy, aktów seksualnych, oraz wyrazów wulgarnych?
    Czytelnik ma się domyśleć? Powieść kierujemy do dużej rzeszy odbiorców.Nie wszyscy mogą być w stu procentach, tak domyślni, jak życzyłby sobie autor w stosunku do przedstawianych treści.Może to doprowadzić do stwierdzenia- nikt nic nie wie.
    Ścisłość reguł może być stosowana w przedmiotach ścisłych. Lubię łamać reguły, ale z premedytacją. Patrząc z góry na tekst można stwierdzić, jaki na prawdę jest.
    Wydawnictwa, drukarnie, redakcje, krytyka – to są tylko sępy i pasożyty, czekające na żer.Bez niego nie będą egzystować. Trochę szacunku pisarzowi, żywicielowi, należałoby okazać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *