Jakie książki opłacają się wydawcom?

Tomasz Węcki


Cześć, mam na imię Tomek i jestem grafomanem. Od kilkunastu lat udaje mi się połączyć przyjemne z pożytecznym i utrzymuję się przede wszystkim z pisania. Byłem już dziennikarzem, piarowcem, copywriterem, ghostwriterem, dokumentalistą i autorem tekstów do gier komputerowych. Teraz możesz również przeczytać moją pierwszą książkę – „Wtajemniczenie”.

17 komentarzy

  1. Anonymous pisze:

    Nawet fajny wpis, zwłaszcza obliczenia wyglądają ciekawie. Jak bardzo te 5 złotych za książkę to standard?

    • Tomasz Węcki pisze:

      Chodzi o druk? Wiele zależy od papieru, jakości okładki, etc. Ale z mojego doświadczenia, poniżej 5zł, jeśli książka ma być ładnie wydana, schodzi się tylko przy większych nakładach.

  2. Scathach pisze:

    Jestem aktualnie po lekturze kilku artykułów z tego bloga, choć z uwagi na niewielką praktyczność telefonu przy tego typu okazjach, zwyczajnie nie chciało mi się wszystkich kolejno komentować.
    Niemniej, czuję się w obowiązku naskrobać parę słów.
    Po pierwsze: porusza Pan ciekawe tematy w ciekawy sposób. Każdy przeczytany przeze mnie artykuł był wartościowy i wniósł coś nowego do mojego skromnego (mam nadzieję, że ‚póki co’) zasobu wiedzy o żywocie pisarza. Równocześnie wyciąga Pan logiczne wnioski, z którymi naprawdę trudno się nie zgodzić, i popiera je rzetelnymi obserwacjami lub doświadczeniem, a nie częstym ‚wydaje mi się’
    Po drugie: niezmiernie podoba mi się Pański styl pisania – inteligentny i przystępny jednocześnie. W dodatku niejednokrotnie dający okazję do uśmiehu 🙂 Niezależnie od treści, czyta się z ogromną przyjemnością. Również z powodu cieszącego oko braku błędów.
    Po trzecie: podejmowana przez Pana inicjatywa dzielenia się wiedzą jest godna podziwu – zwłaszcza z perspektywy takich pisarzy-amatorów jak ja. Niewiele osób byłoby w stanie poświęcić swój czas tylko po to, by innym było łatwiej. Już teraz mogę we własnym imieniu podziękować za niektóre z porad 😉
    I po czwarte: gratuluję zaangażowania! Widać, że bardzo przykłada się Pan do pracy nad blogiem, co się chwali. Zwłaszcza, że jest ‚za free, bez ściemy’, co niektórzy uznaliby za wystarczającą wymówkę do traktowania tego typu projektu pobieżnie – wszak skoro dzielimy się za darmo, czytelnik nie ma prawa narzekać na jakość!

    Jeszcze raz – gratulacje! Na pewno będę czytać regularnie. Jestem przekonana, że tylko na tym skorzystam 🙂

  3. Wolin pisze:

    Ciekawy wpis. Mowa tu o powieściach, a jak się sprawa ma ze zbiorem opowiadań? Czy do takiego czegoś trudniej jest przekonać wydawcę?

    • Tomasz Węcki pisze:

      Tak – trudniej. Reguła jest taka, że zbiory opowiadań sprzedają się gorzej niż powieści. Właśnie dlatego tak często zdarza się sytuacja, że jakiś pisarz odnosi względny sukces sprzedażowy dzięki powieści, a później dopiero ukazuje się zbiór jego opowiadań.

      Jak od każdej reguły, i tu są wyjątki. Na przykład – Robert Wegner nie tak dawno zaistniał na rynku zbiorami opowiadań, a dopiero potem pojawiła się pełnoprawna powieść jego autorstwa (o ile niczego nie przekręciłem). Generalnie jednak, opowiadania są fajne, szybkie i wszędzie je można wcisnąć, ale w formie książkowej radzą sobie gorzej od powieści.

      • Wolin pisze:

        Tak też myślałem. Mam siedemnaście lat i piszę od jakichś trzech. Teraz pracuję nad pierwszym poważnym zbiorem opowiadań. Myślę, że póki co, dam sobie spokój z wydawcami i będę próbował go sprzedawać z własnej ręki. A co będzie potem, to się okaże. Na razie o tym nie myślę, bo zbiór jest w fazie tworzenia, ale chętnie poznałbym Pańskie zdanie w tej kwestii.

      • Tomasz Węcki pisze:

        No myślę, że inicjatywa warta wysiłku. 😉 Powiem tylko tak: nie nastawiaj się na to, że będą z tego zyski. W Twoim wypadku ważniejsze, żeby ludzie w ogóle zauważyli, że piszesz. Jeśli będziesz rozdawać swój zbiór opowiadań w necie (jako e-book) za darmo – też dobrze. Na Twoim miejscu próbowałbym też wcisnąć się z pojedynczymi opowiadaniami do cudzych antologii, do czasopism i do portali internetowych.

  4. Mateusz pisze:

    Ciekawy wpis. Będę zaglądał tutaj częściej 🙂

  5. Ai pisze:

    Witam. Bardzo ciekawy artykuł. Mam jednak pytanie.
    Czy debiutant będąc w Polsce może wysyłać swoją powieść także do zagranicznych wydanwnict? Słyszałam wiele opinii na temat tego, że na naszym rynku wydawniczym źle się dzieje. Może więc warto spróbować gdzieś gdzie może uda osiągnąć się większy sukces i jeśli książka sprzeda się na większym rynku liczyć na tłumaczenie, czy współpracę z innymi krajami w tym z Polską?

    • Tomasz Węcki pisze:

      Oczywiście, że możesz wysyłać swoje dzieła za granicę. 😀 Warto co prawda zapoznać się wcześniej ze specyfiką danego rynku – na przykład, u anglosasów nie ma wielkich szans bez agenta. Ale poza tym, naprawdę nie ma przeszkód, żeby próbować.

      No, wyjąwszy taki mały drobiazg, że mało kto potrafi pisać równie dobrze w obcym języku, co po polsku (zakładając, że w ogóle pisze dobrze). Jeśli chodzi o angielski, bardzo popularny język, potrafiłoby to góra kilkaset osób w kraju. Estymacja pi raz oko, ale że większość kasy, która przewinęła się przez moje konto, dostałem właśnie za teksty napisane po angielsku – lubię myśleć, że wiem, co czym mówię.

      Literacko łatwiej Ci będzie wypłynąć w Polsce.

      Oczywiście, za teksty nieliterackie dostaniesz dużo większą kasę od klientów z Zachodu. Ale to już zupełnie inna historia.

  6. Designer pisze:

    Czuję, że odkopuję stary wpis, ale mam jedno zasadnicze pytanie. Z postu wynika, że to DRUK jest drogi (15 tys wynosi sam druk dla 20 tys kosztów). Jak to wszystko wygląda w przypadku e-booków?

  7. worapoj pisze:

    no jesteś grafomanem

  8. Andrzej pisze:

    Blog jest niebywale interesujący. Podziwiam Pana wkład pracy. Uważam jednak, że nie opisuje całości zjawiska.

    Będę konkretny:

    1. Wielu początkujących pisarzy zostało zmanipulowanych przez wydawnictwa, to znaczy,  wydawnictwa podpisały z nimi niekorzystną, zawoalowaną umowę, z której i tak się nie wywiązały, nie wypłaciły pieniędzy na czas lub tylko w części lub wcale. Nie „wstawiły” książek do wpisanych w umowę księgarń. Nie zrobiły nic. Może Rzecznik zająłby się takimi umowami?.
      
    2. Czy rynek wydawniczy ma polegać na tym, że początkujący pisarze mają utrzymywać za własne pieniądze tzw. wydawnictwa, których jest multum, a które w sprawie promocji książek nic nie robią? Ich aktywność polega na wydaniu książki 2 złote za egzemplarz, (150 stron) w ilości trzystu egzemplarzy, więc wychodzi z tego 600 zł kosztów, nie 10.000 złotych, o których Pan wspomina. Te wydawnictwa nikogo nie zatrudniają, nie mają korektorów, redaktorów ani nikogo tego typu,tylko program komputerowy do składania książek i Photoshopa do zmontowania okładki. Robi to jedna i ta sama osoba. Wydają przy tym książki z błędami ortograficznymi i innymi. Oczywiście jest to najniższy poziom rynku wydawniczego, ale inny nie jest dostępny, ponieważ rynek wydawniczy działa jak rodzinny folwark, gdzie trzeba mówić do wydawcy „tato”, aby wydać książkę.

    3. Bardziej opłaca się importować książki za duże pieniądze niż publikować nasze? To prawda. Byłem wczoraj w księgarni i tam jest 4 razy więcej książek pochodzenia zagranicznego niż naszych. To chyba jakaś pomyłka.

    Wnioski: Kto teraz w Polsce wydaje? Prawdziwi pisarze rodem z PRL-u odchodzą, już nie piszą, a to przecież oni postawili nasze  pisarstwo na wysokim poziomie, zadziwiając tak zwaną zagranicę, której zawsze się chętnie kłaniamy. Nie dotyczy to tylko pisarstwa. Polskie kino, polski plakat, sztuki piękne wytworzone na najwyższym światowym poziomie, wytworzone w PRL-u, teraz przepadają . Ten system funkcjonowania kultury, w tym wydawnictwa, nie działa. Handluje książkami jak jajkami na bazarze. Bym powiedział: „Kultura to nie kapusta kwaszona, panowie”. Należy zmienić rynek wydawniczy. Wyprowadzić z księgarń gazety, czekoladki, płyty, filmy i kubki. Zmniejszyć ilość publikowanych zagranicznych autorów. Skończyć z publikowaniem masy książek o niczym (nie wymieniam tu nikogo, choć chętnie bym to zrobił). Do tego potrzebny jest sponsoring państwowy. Prywatny rynek w dziedzinie kultury nie funkcjonuje, jak i nie funkcjonuje w innych „miękkich dziedzinach” jak nauczanie, ochrona zdrowia i podobne. Proponuję, aby młodzi ludzie się za to wzięli. Utworzyli alternatywny rynek wsparcia dla pisarzy na zasadzie „startup-ów” lub w jakiejś innej formie, zamiast wdawać się w walki z wydawnictwami,czy  dogorywać na marginesie. Ile naszych talentów w ten sposób się marnuje.

    Kultura musi być działalnością „NON-profit”.
     
     
    Niech żyje książka!
     

  9. Mari pisze:

    Dzień dobry. Wiem, że to może nie koniecznie dobry wątek pod którym piszę ale wie Pan może jak wygląda sprawa z wydaniem książki do nauki języka obcego? Ewentualnie gdzie mogła bym jakieś konkretne informacje na ten temat znaleźć?

    Pozdrawiam
    Mari 🙂

  10. Paweł pisze:

    Witam, ciekawe słowa. Chciałbym dowiedzieć się więcej o wydanie książki będącej poradnikiem „Jak rzucić palenie”. Czy taki temat zainteresuje?

  11. Jan Stanisław Smalewski pisze:

    No właśnie. Pisać to nie wszystko. Trzeba jeszcze umieć się sprzedać. Moja trylogia akowska, pierwsza po transformacji ustrojowej książka o wojennych przygodach legendarnej brygady AK legendarnego „Łupaszki” rozeszła się w latach 1994-96 jak przysłowiowe świeże bułeczki w nakładzie 3 tys. egzemplarzy. Na początku nowego wieku na Allegro sprzedawano ją jako unikaty nawet po 500 zł („Opowiedział mi Maks”). W 2012 roku opublikowałem na jej podstawie kilkadziesiąt odcinków na portalu http://www.pisarze.pl, w dwóch seriach: „Z kart historii nieznanej” i „Sowieckie zdrady”. Dostrzegł to niejaki „wydawca” z Krakowa Andrzej Mirecki, który zadzwonił do mnie z intratną propozycją, że wyda ja w swoim wydawnictwie MIREKI w Krakowie, przy czym obiecywał, że obaj zarobimy krocie, bo to intratna pozycja na czasie i w temacie poszukiwanym – żołnierzy wyklętych. Opowiadał przez telefon, że ma dużą firmę z profesjonalnym sprzętem i fachowcami. Zaproponował za pierwszą książkę honorarium 3 tys. zł i 16% od każdej sprzedanej powyżej nakładu 2 tys .egzemplarzy. Oczekując na zaproszenie do wydawnictwa, wysłałem do MIREKI gotowe składy, które wcześniej przygotował mi kolega wydawca z Warszawy, ale ich nie wydał, bo fundacja związana z muzeum ruchu ludowego nie otrzymała na czas pieniędzy, z których miała ją wydać. MIREKI natychmiast przystąpiło do drukowania książki („U boku Łupaszki”), z dużym opóźnieniem przysyłając umowę i połowę obiecanego honorarium. O kolejną połowę dopominałem się dość długo, a umów, które by tak samo traktowały o wydawanych kolejnych pozycjach („Żołnierze Łupaszki”, „Więzień Kołymy”) w ogóle się nie doczekałem. Osoba reprezentująca rzekome wielkie wydawnictwo ukrywała się wręcz przede mną, nie mogłem się z nią spotkać(mieszkam nad morzem), a w internecie w 2013 roku firmy takiej w ogóle nie mogłem zaleźć. Po wielu nerwowych rozmowach telefonicznych MIREKI przysyłał mi umowy bądź to bez paragrafu o zapłacie podstawowego wcześniej ustalonego honorarium (3 tys zł.), bądź umowy o zapłacie autorskich honorariów 16% od książki dopiero powyżej nakładu 2 tysięcy egzemplarzy. Przy czym i ten ostatni element po kilku latach rozprowadzania moich książek w wielu największych księgarniach w kraju i za granicą (Gandalf, Matras, Empik, PWN, Tania Książka i dziesiątkach innych) uznał za nie obciążający („może pan sobie sam sprawdzić i policzyć, gdzie, ile się sprzedało, ja na to nie mam czasu”). Mało tego, gdy ostatecznie kategorycznie nie zgodziłem się na dalszą współpracę, informując MIREKI, że kieruję sprawę na drogę sądową, wydał on na przełomie roku złożoną z moich poprzednich pozycji trylogię pt. „Pod rozkazami Łupaszki” w oprawach miękkiej i twardej, wykluczając mnie z autorstwa i przypisując go nieżyjącym od dawna bohaterom moich książek – Antoniemu i Aldonie Rymszom. Mnie przy tym poinformował, że jego zdaniem prawa autorskie należą się ich rzekomym spadkobiercom. By dodać smaczku sprawie, a może zastraszyć autora, który młody już nie jest, w oddzielnym mejlu poinformował, że upowszechni wiedzę jaką rzekomo ostatnio zdobył, że właściwy autor jest złodziejem (ukradł wspomnienia żołnierzowi, o którym napisał kilka książek, a ponadto był rzekomym agentem sowieckim). Oczywiście wszystko to znalazło się w Sadzie Okręgowym w Warszawie, czekam od roku, nic się nie dzieje, a adwokat obiecuje mi, że sprawa może potrwać, 5, 10 lat. Bo tak szybko u nas w takich sprawach działają sądy. Opisałem tylko pobieżnie to, co mnie spotkało od wydawcy, któremu zaufałem, który ukradł mi dorobek co najmniej 3 lat ciężkiej pracy i… zarabia – jak autor wcześniej ładnie o takich pisze – także na chleb i bułki dla swoich dzieci. Taką mamy rzeczywistość, takie prawa chronią autorów, bierzcie drodzy piszący i to pod uwagę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *