Tajemnica żywego stylu

Tomasz Węcki


Cześć, mam na imię Tomek i jestem grafomanem. Od kilkunastu lat udaje mi się połączyć przyjemne z pożytecznym i utrzymuję się przede wszystkim z pisania. Byłem już dziennikarzem, piarowcem, copywriterem, ghostwriterem, dokumentalistą i autorem tekstów do gier komputerowych. Teraz możesz również przeczytać moją pierwszą książkę – „Wtajemniczenie”.

33 komentarze

  1. Recenzator napisał(a):

    Zastanawia mnie – i to dość intensywnie – do kogo skierowany jest ten tekst. Głównie dlatego, że jest to straszliwie wielki ogólnik i coś, co szczerze mówiąc jest (a przynajmniej mi się tak wydaje) instynktownym stylem prowadzenia akcji. O ile człowiek przeczyta w swoim życiu wystarczająco dużo książek, będzie w stanie napisać coś podobnego i bez żadnego poradnika a także nazywania tego szumnie stylem pisania.
    Jeśli skierowane to jest do amatorów, to jak dla mnie lepiej byłoby napisać o tym dlaczego metafory w stylu wierzb płaczących nad losem poległych są na miejscu jedynie w nielicznych przypadkach. Mimo wszystko styl oszczędny (czyli pozbawiony metafor, a jednak nie pozbawiony opisów) jest lepszy dla osób, które nie są jeszcze w tej materii doświadczone. Przynajmniej to moje zdanie…

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Abstrahując od metafor, nie rozumiem komentarza. Nie pisałem nic o „prowadzeniu akcji”, a jeśli chodzi o faktycznie przedstawioną technikę – no, bardzo się cieszę, że już o tym wszystkim wiesz. 🙂 Z mojego doświadczenia, nie dla wszystkich jest to oczywiste.

    • Astralny napisał(a):

      Ogólnik? Tu nie ma ogólnika, a jest szczegół. Szczegółowo pokazane, na przykładzie jak warto pisać. Kursy z reguły są dla początkujących i zawierają podstawy.
      Przeczytałem wiele książek, ale póki nie zabrałem się za pisanie, nie zwracałem uwagi na stronę techniczną. Zagłębiałem się w historię, a nie w sposób jaki została napisana.

  2. Anonymous napisał(a):

    A moim zdaniem to bardzo przydatny wpis.

    • Anonymous napisał(a):

      Chociaż czasami trochę oczywisty, jakby się zastanowić…

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      Powiem szczerze: bardzo mnie to cieszy, że tyle osób wie o technice i stosuje. 😉 Bloga odwiedzają różni ludzie, na różnym poziomie zaawansowania, stąd część rzeczy, o których piszę, będzie dla części z Was oczywista. Cierpliwości i wyrozumiałości dla mniej zaawansowanych. 🙂

  3. s. napisał(a):

    Teodor Beczułka stał niedaleko od ognia i czuł jak metalowy kufel parzy go w dłonie. Ty idioto, pomyślał, czemu stoisz?! Wystarczająco się już w życiu nastałeś. Pozwól sobie na odrobinę przyjemności, podejdź bliżej, zepchnij tego małego wieprzka z ławki i zajmij miejsce, które Ci się należy.
    Z nieba spadały płatki śniegu, Teodor czuł, jak zamarzają mu rzęsy. Jebana zima znowu przyszła nie w porę.

    • Tomasz Węcki napisał(a):

      No jak na mój gust to wszystko w porządku, nawet fajny opis. 🙂 Zdanie „Z nieba spadały płatki śniegu, Teodor czuł, jak zamarzają mu rzęsy” rozbiłbym na dwa, ale poza tym – żadnych uwag.

  4. Anonymous napisał(a):

    Znam i stosuję tę technikę, ale przeczytałem z przyjemnością tę dobrą lekcję.

  5. Tylko ciężka praca przynosi efekty napisał(a):

    Starsza pani o śnieżnym kolorze włosów siedziała na starym, bujanym fotelu. Swoim powolnym kołysaniem sprawiała, że drewniana podłoga werandy wydawała rytmiczne okrzyki starości zwane skrzypieniem. Było dla babci swego rodzaju muzyką. Muzyką, która towarzyszyła jej tu od lat. W dłoniach trzymała druty, od których odchodziła włóczka spoczywająca na kolanach staruszki. Jej dłonie — widać już nie pierwszej nowości — trzęsły się bardziej niż ostatnie liście na drzewach, które nie zdążyły jeszcze oddać się ostatniemu tańcu z ich najlepszym przyjacielem — wiatrem.
    W jej nogach leżał wąż. Wyglądał przerażająco, jego wielkość zazwyczaj wywoływała u odwiedzających babcię dreszcze.
    — Krysiu, mogę zamówić u ciebie sweter i szalik? — zapytała podchodząca kobieta. — Dla Andrzeja, na zimę.
    Babina podniosła wzrok. Wąż zdawał się nie przejmować wizytą kobiety.
    — Och, Wandziu! Jak ja dawno cię nie widziałam — odparła, wstając. — Jasne, wejdź do środka. Zrobię herbaty. Opowiadaj co tam u wnuków, co słychać? Pożeniły się już?
    — Nie, jeszcze nie. A ten twój wąż to co taki zmarnowany leży? Depresji się przy tobie nabawił, co? — powiedziała, uśmiechając się.
    — Gdzie tam! Wczoraj go myszy pogryzły. Leżał w przedpokoju, musiały z piwnicy za mną przyjść. Gryzonie jedne, nie mam już siły z nimi walczyć.
    Obie kobiety weszły do środka. Usiadły przy dużych kuchennym stole, na którym leżała stara, zniszczona cerata pamiętająca jeszcze żywot jej męża.
    — Dawniej Stefek się tym zajmował… a teraz? Sama widzisz.
    — Jesteś tu zupełnie sama…
    Kobieta spojrzała na staruszkę.
    — Słuchaj, ty się nade mną nie lituj. Radzę sobie jako tako. Tak jak zresztą widzisz. Jak mi zrobisz zakupy na przyszły tydzień, to będziesz miała ten sweter.

  6. Sheronda napisał(a):

    tekst uszyty jak dla mnie: praktyczny i z przykładami. porządkuje rzeczy, które robię intuicyjnie lub też nie robię z premedytacją. poza tym uśmiałam się na głos dwa razy.

  7. Knight Martius napisał(a):

    Akurat o ile dobrze pamiętam, ta technika już ma polską nazwę: „pokazywać, nie opisywać”. Choć możliwe, że została ona wymyślona na potrzeby tłumaczenia felietonów Michaela J. Sullivana w „Nowej Fantastyce”. Jest to w ogóle jedna z tych metod, o których wiem, że powinno się stosować je jak najczęściej, ale ciągle brakuje mi pomysłów albo chęci, żeby się ich trzymać. 😉

  8. Scathach napisał(a):

    Wydaje mi się, że podświadomie coś takiego robię – zawsze lubiłam barwne opisy ważnych momentów czy przeżyć. Tak czytać, jak tworzyć. Niemniej, zawsze to lepiej robić pewne rzeczy świadomie, więc choćby z tego powodu wpis jest cenny. No i te gacie…! 😉

    • Scathach napisał(a):

      Ćwiczenia gotowe. Jak będę miała ciut więcej czasu, to z przyjemnością wrzucę 😉

    • Scathach napisał(a):

      #1
      Sfrustrowany Teodor Beczułka czekał, aż cholerne piwo wreszcie się zagrzeje i będzie mógł przegonić to okropne zimno, powoli ogarniające jego stopy i nos. Jak na razie jednak rozgrzewał się tylko tani kufel z blachy, pokryty wątpliwej jakości emalią. I ręka Teodora, co ostatecznie nie było takie złe.
      Zima jak zwykle zaskoczyła w najmniej odpowiednim momencie. Beczułka miał nadzieję na jeszcze jakieś, powiedzmy, dwa tygodnie wytchnienia dla gleby przed nastaniem mrozów. A tak, pewnie wiosenne zasiewy szlag trafi.
      Teodor rozejrzał się po ciasnej izbie. „Niby taka mała, ale weź tu człowieku całą ogrzej”, pomyślał. Powoli zaczynał już szczękać zębami, co w połączeniu z rozgrzaną dłonią wcale nie stanowiło przyjemnego odczucia. Wciąż trzymając kufel nad ogniem, sięgnął stopą wgłąb pokoju i przysunął sobie niski trójnożny stołek. Co będzie nogi męczył. Skulił swoje zwaliste cielsko na siedzisku i przysunął się jeszcze bliżej paleniska.
      „Długo jeszcze to piwo?!”

      #2
      Nieco już spasiony od nieróbstwa stary kocur usadowił się wygodnie na parapecie. Było mu tu wyjątkowo przyjemnie, bo tuż pod nim mocno grzał staroświecki kaloryfer na osiem żeberek. Kocur machał leniwie ogonem i najzwyczajniej w świecie oglądał zimowy krajobraz blokowiska za oknem. Zaczął nawet cicho mruczeć.
      Sielanka została gwałtownie i dość brutalnie przerwana przez miotłę, przecinającą powietrze z iście złowrogim świstem, która trafiła go prosto w ogon. Kocur zamiauczał przeraźliwie i natychmiast uciekł przed niemiłosierną gospodynią, trzepiącą go tym narzędziem tortur gdzie popadnie.
      – Zero pożytku z tego kota! Tylko by leżał i żarł… Może trzeba go było nie kastrować, sierściucha zapchlonego…

      #3
      Oczko prawe, oczko lewe… Druty śmigają, pobrzękując metalicznie o siebie nawzajem. Powoli, acz konsekwentnie, wyłania się spod nich kanarkowożółta czapka z białym pomponem. W chacie pachnie paloną sosną i jaśminem. I wężem.
      Pieniążek tak zapamiętuje się w robótce, że przestaje zwracać uwagę nawet na swojego pupila, zwiniętego w cieniu bujanego fotela, z łbem nieopodal jej stóp. Pyton syczy co chwilę z niezadowoleniem, bo przy każdym poruszeniu dają o sobie znać ugryzienia, pokrywające jego lśniące i gładkie dotąd ciało.
      Pieniążek, po jednym z głośniejszych syknięć, spogląda wreszcie w dół. Wąż owinął się wokół jej kostki i teraz patrzy paciorkowatymi oczami na robótkę, którą odłożyła na kolana. Z cichym westchnięciem kobieta przesuwa wzrokiem po poranionym cielsku gada.
      – Oj, trzeba będzie zrobić porządek z tymi myszami, Duduś… Robią się coraz bardziej bezczelne, prawda, malutki…?

  9. Phoe napisał(a):

    Zgadzam się w stu procentach ze wszystkim, co zostało tu napisane, a szczególnie z „Lepiej przedstawić tok myślowy bohatera, niż po prostu nazwać jego stan emocjonalny. Lepiej pokazać czyny postaci, niż podsumować ich końcowy efekt”. Nie wiem, czy ludzie zdają sobie sprawę, jak powszechne jest łamanie tych zaleceń przez amatorów. Nieraz niemal płaczę nad miernością stylu, bo autor zapomina, że jest coś więcej niż wzrok, ględzi przez całe akapity o niczym niepodpartych uczuciach (szczególna maniera kobiet-autorek), czy sadzi potwornymi ogólnikami. Przy tym brak metafor i porównań to pestka.

    Pozdrawiam.

  10. Elfir napisał(a):

    Opis jak nie przedstawiać wyglądu bohatera („Marian to młody mężczyzna, chudy i wysoki(…) „) powiny przeczytać wszytskie młodziutkie autorki merysujkowych opków 😀
    Z reguły zaczynają się bardzo dokładnym opisem postaci z uwzględnieniem wzorków na T-shircie i koronki na majtkach. 🙂

  11. Marcin napisał(a):

    Dobry tekst i ciekawe ćwiczenia 🙂

    Wyczerpany Teodor Beczułka stał tuż przy ognisku i trzymał w rękach ciężki, mosiężny kufel, wypełniony korzennym piwem, ogrzewając je w przyjemnym cieple płomieni. Otaczające jego obozowisko modrzewie uginały się pod czapami świeżego śniegu, a pomiędzy nimi hulał porywisty wiatr – przyszła zima.
    – Kurwa mać – mruknął.
    Beznadziejność sytuacji nagle go przytłoczyła swoim ciężarem i usiadł przy ogniu, nie mając już sił walczyć ze zmęczeniem.

    Płowy, wychudzony kocur wylegiwał się na parapecie wielkiego okna w salonie, za poduszkę mając złożoną ścierkę, i wpatrywał się leniwie w ruchliwą, miejską ulicę. Stara właścicielka domu, która przechodziła przez pokój, szurając swoimi chodakami po dywanie, zauważyła czworonoga i poczłapała w jego kierunku.
    – Schodź mi stąd zaraz, wywłoko! Wszyscy pracują, ty też byś myszy połapał! Dla leserów tu nie ma miejsca!
    Chcąc zgonić kota, machnęła ręką na tyle, na ile pozwalały jej zmęczone długim życiem stawy, lecz trafiła w pustkę – zwierzę uciekło z podkulonym ogonem na sam dźwięk jej głosu.

    Pieniążek dziergała niespiesznie na drutach, cierpliwie przekładając brązową włóczkę. Zimowy sweter zapowiadał się na ciepły i gładki w dotyku w dotyku, zgodnie z zamiarem starowinki. Kobieta nuciła sobie cicho i uśmiechała się do siebie.
    U jej stóp leżał wielki zielony pyton, zwinięty w kłębek i drżący, zupełnie jakby był strachliwym małym zwierzątkiem, a nie wielkim i groźnym drapieżnikiem. Jego nadzwyczajny stan mogły tłumaczyć pokrywające większość skóry drobne, lecz poszarpane ranki od zębów. Zdawać by się mogło, że myszy pogryzły wraz z jego ciałem jego dumę i poczucie siły, pozostawiając bezbronny zezwłok.

  12. Sakitta napisał(a):

    1) Teodor wziął głęboki wdech, jego samowar najwyraźniej się nagrzał. Zdjął go znad trzaskającego iskrami ogniska i zaciągając się aromatem porównywalnym jedynie z zapachem świeżo ściętego żyta.
    – Dobrze, – powiedział, a Iwan nadstawił uszy spod ruskiej czapki z czerwoną gwiazdą – przynajmniej pogrzeje mnie w zdrętwiałe łapska. Zima w tym roku jest surowsza niż poprzednia.
    – Usiądź i napij się Teodorze, należy się nam po ciężkiej pracy w lesie.
    2)Filemon rozłożył się jak długi na parapecie, chłonąc ciepło grzejnika całym futrem. Oczami leniwie przewracał za ptaszkami ganiającymi w śniegu za okruchami chleba. On się tym nie przejmował, o nie – było mu ciepło, a brzuszek miał wypełniony zawartością miski whiskasa. Zaczynał drzemać. Nie spodobało się to babci. Trzepnęła go ręką, aż z hukiem spadł na podłogę.
    – I co się będziesz lenił! W piwnicy myszy grasują, ostatnie ziemniaki obgryzają! Leź tam i zrób porządek!
    Filemon niechętnie poczłapał w kierunku wskazanych przez nią drzwi.
    3)(Z początku nie mogłem zakapować)
    – To będzie piękny sweterek – powiedziała Pieniążek, po czym wróciła do robienia na drutach, pogwizdując w rytm piosenki w radiu. – Jak ci się podoba Sesenthesis? Będzie idealnie do ciebie pasował, bo widzisz, wy, węże, jesteście takie zimne.
    Spojrzała pod nogi, gdzie jej pyton leżał niemal zdechły. Nie ruszał się. Pieniążek skakała wzrokiem między nim a niedokończonym sweterkiem. Nagle usłyszała pisk myszy. Tupnęła nogą, o mało nie robiąc w podłodze dziury swym futrzanym paputkiem. Gryzonie rozbiegły się na wszystkie strony, żwawo wskakując do norki w narożniku koło kuchni.
    – Przeklęte bestie! Nic tylko cię gryzą i gryzą. Spokojnie, mamusia uszyje sweterek i wtedy wszystko się zmieni.

  13. Andrzej napisał(a):

    Teodor Beczułka grzał piwo w kuflu nad ogniskiem. Pustymi oczyma zapatrzył się w przeszłość. Przypomniała mu się ostatnia zima spędzona z rodziną. Sam sobie nie wybrał takiego życia. To ten przeklęty alkohol go zniszczył. Usiadł. Nogi mu drżały. Jak mógł tak zmarnować swoje życie? Nigdy wcześnie nie odczuwał takiej samotności. Był na dnie.

  14. Andrzej napisał(a):

    2
    -Co za jebany cap. Cały czas pije i żre. Żadnego z niego pożytku.
    Przechodząc obok okna zobaczyła kota, który niczym tygrys czyhający na ofiarę przypatrywał się wróblom, które niczym najlepsi piloci wykonywały zgrabne piruety w powietrzu.
    – Nie będziesz się lenił jak mój Zenek złaź i nałap myszy, bo cię już nigdy do domu nie wpuszczę! – Wrzasnęła stara babowinka wyładowując swoją złość na bogu ducha winnym kocie. Od rana wszystko ją irytowało. Przez ten felerny telefon. Zenek znów uchlał się w pracy.

  15. Bellatora napisał(a):

    1. Na ognisku wesoło buzował ogień. Na prowizorycznej kratce, nad płomieniem, stał kufel złocistego piwa. Teodor Beczułka takie lubił najbardziej, ciepłe z cynamonem i sokiem z cytryny. Oblizał się patrząc na przysmak. Ślina zostawiła na spierzchniętych ustach, nieprzyjemną, pieczącą powłokę. Zawsze w zimie, usta Teodora wyglądały niczym powierzchnia pustyni, suche i spękane. Na ironię było strasznie zimno, więc myśl o pustyni tylko go poirytowała. Zatarł ręce, rozglądając się wokół. Wszyscy uczestnicy ogniska już z kimś rozmawiali. Baśka, ta ładna bunetka, dyskutowała z okularnikiem. Kryśka i Magda o czymś plotkowały. Pozostali szeptali o czymś konspiracyjnie z dala od ogniska. Został sam. Usiadł więc jak najbliżej ognia, zdejmując rękawiczki i kierując dłonie w stronę żaru. Gwiazdy świeciły pęknie, zamknął oczy rozmyslając o swoim beznadziejnym życiu. Po chwili, przypomniał sobie jednak o piwie i wszystkie myśli odpłynęły, w ciepłej strudze alkoholu.

    2.Kot uwielbiał ten parapet. Gdy tylko mógł, przesiadywał na nim mrucząc cicho i obserwując okolicę. W pobliskiej piekarni znowu zapachniało chlebem. Sąsiadka smażyła poranne jajka z bekonem, a słońce właśnie wychylało się zza wysokich budynków. Ludzie powoli budzili się ze snu i coraz to nowe twarze, pojawiały się na brukowanych ulicach. Kot obserwował ich przymrużonymi oczami. Z pomalowanej na niebiesko kamienicy, wydreptała staruszka. Rozejrzała się dookoła i podreptała ulicą. Zbliżała się do kota niebezpiecznie.
    -Idź ty leniu – machnęła torebką – myszy łowić, a nie na słoneczku siedzieć.
    Zeskoczył na bruk, jeżąc się i machając ogonem. Prychnął w stronę staruszki i podnosząc wysoko ogon, poszedł w kierunku otwierających się drzwi sąsiedniej kamienicy. Wychodząca dziewczynka przytrzymała mu drzwi. Mrucząc otarł się o jej nogę. Dzień zapowiadał się pięknie.

    3. Stara czarownica lubiła czasem usiąść i dziergać. Kołysała się w bujanym fotelu, a druty śmigały tworząc okrągły złoty pieniążek. Skończyła pierwszą monetę, obejrzała ją, przesuwając między pomarszczonymi palcami. Z zadowoleniem pokiwała głową i dmuchnęła. Pieniążek z włóczki oblekł się złotem.
    -Kupimy sobie za niego coś dobrego – wymruczała do leżącego na podłodze ślepego węża.
    Ukryty w cieniu fotela gad, był prawdopodobnie tak samo wiekowy jak czarownica. Juz nie pamiętała gdzie go znalazła, ale była wtedy młoda i piękna. Teraz zwierzę, przyciśnięte ciężarem wieku, praktycznie nie poruszało się. Myszy dotąd będące jego obiadem, harcowały w kątach chaty w najlepsze. Niektóre, odważniejsze podgryzały nawet węża gdy spał. Biedak nie miał nawet siły by się bronić.
    -Powinnam była kupić kota – mruknęła czarownica, powracając do dziergania pieniążków.

  16. kati-del napisał(a):

    W pomieszczeniu dał się wyczuć zapach cynamonu , goździków i podgrzewanego alkoholu.
    „Co za kurewska pora roku”-pomyślał Teodor Beczułka ogrzewając czerwone od zimna palce o cynowy rondelek. „Nic nie idzie, i jaki do kija banana jest pożytek, z pory roku kiedy, nic nie możesz ino się urżnąć” Zrezygnowany opadł na prowizorycznie zbity z kilku desek zajdel.

    Czarny najbardziej lubił właśnie to. Leżenie na wygrzanym parapecie i przyglądanie się z wyższością tym Dwonogom, które tam w dole coś nieustannie sobie przedsiębrały. Najczęściej wszystkie te ich wysiłki i starania szły akurat na marne, ale oni chyba nie chcieli przyjmować tego do wiadomości. Musieli być w ciągłym ruchu, nie ważne, czy był produktywny czy nie.
    Z tej kontemplacji został Czarny wyrwany jednym bolesnym uderzeniem miłotły starej Grzesiukowej.
    „A pódzieszty nierobie nieużyty, sierściuchu wstrętny” – zaklęła na niego.
    Stara kobieta kryła w sobie niezliczone wprost pokłady agresji, jak na tak niepozorną osobę. W takim razie należało czym prędzej poszukać innego legowiska.

    Cecylia Pieniążek była osobą cierpliwą. I niewątlpiwie znajdowała w czynnościach powtarzalnych jakieś takie nieopisane ukojenie. Krok po kroku, systematycznie, za pomocą witych włóczką supełków i pentelek układała wzór, który ułożył się kiedyś w jej zakamarkach pamięci. Z boku można było ją wziąć za gigantyczną pajęczycę. Duża, w czarnym swetrze i czarnej wełnianej spódnicy, mozolnie tkająca swoją sieć. SSyk wiernie towarzyszył swojej pani. Tak nieustannie od setek lat, od Młodych Lat, kiedy wspólnie ustalali zasady w Królewstwie. Nienawistnym spojrzeniem obdarzył dziurę wygryzioną w kącie. Na cóż mu teraz przyszło na stare lata. Że te przebrzydłe gryzonie tak się tu mogą rządzić. A jeszcze niedawno z tak wielką rozkoszą pogruchotałby im kostki. Tak radośnie chrupały by w jego przełyku. A teraz…..Teraz on stał się ich łupem.

  17. Shelia Lucky napisał(a):

    Jedynym źródłem ciepła w tą zimną, ciemną noc było ognisko. Płomienie skakały radośnie, całkowicie nie pasując do zaistniałej sytuacji. Teodor Beczułka upił łyk piwa. Było okropnie zimne. Nie zważając na gryzący w oczy dym podszedł do ogniska. Poczuł miłe ciepło, które rozchodziło się po całym jego ciele. Po chwili kufel był gorący. Mężczyzna wypił piwo jednym haustem. Nadeszła zima. Teraz będzie coraz ciężej. Przechadzał się w tą i z powrotem. Nie miał pojęcia co ze sobą zrobić. Przypomniał sobie o stojącym niedaleko stołku. Przysunął go bliżej ogniska i usiadł.

  18. Shelia Lucky napisał(a):

    Czarny włochaty kot siedział na parapecie. Fascynujące było jak ktoś może zastygnąć w jednej pozycji na tak długi czas. Zwierzę patrzyło w jakiś odległy punkt, przez co jego oczy wyglądały na jeszcze większe i bardziej zielone. Ciekawe o czym myślał. Może o sensie istnienia, o wielkich filozofach i uczonych, a może po prostu zastanawiał się co dostanie na obiad. Do pokoju weszła starowinka. Widać było, że lata jej nie oszczędzały . Szczególnie odbiły się na jej charakterze. Babcia była bowiem okropnie zrzędliwa. Przeszkadzali jej wszyscy i wszystko. Przeszła koło parapetu. Machnięciem ręki przepędziła kota.
    -Co się będziesz lenić?- zapytała retorycznie
    Zwierzę prychnęło i niezadowolone zeskoczyło na podłogę. Więc jednak będzie musiał sam sobie złapać obiad.

  19. Marzulena napisał(a):

    Bardzo mi się podoba ten tekst, szczerze mówiąc do tej pory nie rozumiałam o co chodzi w tym całym ,,show, don’t tell”. Wieczorem zabieram się do ćwiczeń, dziękuję za wskazówki i pozdrawiam 🙂

  20. Maniek napisał(a):

    1. Teodor Beczułka bardzo lubił piwo i jako, że właśnie skończył pracę to każdego innego dnia już by je sączył. Ale nie dziś. Pierwszy raz w tym roku zaczął padać śnieg, a on był przeziębiony, więc uznał, że tym razem zrobi sobie grzane. Czekając niecierpliwie, aż zagrzeje się w kuflu nad ogniskiem, przysiadł na stołku i cieszył się rozchodzącym wokół zapachem.

    2. Kot jak co dzień wysiadywał na parapecie siedział na parapecie leniwie obserwując podwórko. I pewnie spędziłby tak resztę popołudnia, gdyby nie przechodząca obok starowinka, która zrzuciła go na ziemię. Po pierwsze dlatego, że była złośliwą jędzą, a po drugie ze względu na myszy harcujące w stodole. Mimo iż nie miał ochoty nic robić, kot skierował się w stronę zabudowań gospodarczych, nie chciał tak jak poprzednio oberwać miotłą.

    3. Pieniążek robiła na drutach już od dobrych dwudziestu minut. Z zadowoleniem stwierdziła, że efekty jej pracy są całkiem imponujące, chociaż trochę zaczynały ją boleć ręce. Zasmuciła się z tego powodu, bo wiedziała, że długo nie popracuje. To z kolei zaniepokoiło skrytego w jej cieniu węża – bardzo lubił leżeć w jej pobliżu, bo przynajmniej nie zbliżały się do niego wtedy myszy. Choć od ostatniego pogryzienia przez nie minęło kilka dni, to rany na ogonie nadal się nie zagoiły.

  21. Nietoperek napisał(a):

    Teodor Beczułka wzdrygnął się z zimna. Gęsią skórka pokryła grube ramiona, więc mężczyzna przesunął się do ognia. Wlał piwo do kufla i zamyślony zawiesił na ognisku by rozgrzewać się gorzkim napojem. Nie mając nic do roboty usiadł wpatrując się płomienia. Za oknem hulała wichura.

    Wiosenne, jeszcze nieśmiałe słońce ogrzewało rudego kota leżącego na parapecie. Zwierzę spojrzało leniwie na przechodzącą staruszkę i już miał zapść w dalszą drzemkę, gdy poczuł bolesne uderzenie w kark.
    – Zjeżdżaj stąd, ty sierściuchu! – krzyknęła kobieta i kot głośno miaucząc zeskoczył na ziemię.

    Co do trzeciego… Lekko nie skapowałam o co kaman. Jaka Pieniążek? Skąd tam wąż i dlaczego myszy pogryzły ich naturalnego wroga? Czy wąż to określenie kł3bak wełny. Bez obrazy, ale potrzebowała bym wyjaśnienia co do tej kwestii.

  22. Anonim napisał(a):

    1. Teodor Beczułka grzał piwo w kuflu nad ogniskiem. Przyszła zima. Nie wiedział, co ze sobą zrobić, więc usiadł.
    Obróbka
    Teodor Beczułka grzał piwo w kuflu nad ogniskiem. Właściwie, nie tyle piwo co najnędzniejszego sikacza, typowy trunek tutejszych. Ognisko również nie nastrajało optymistycznie – kilka patyków na krzyż, w dodatku dogasających. Świat był już wystarczająca podły, a w dodatku przyszła zima. Teodor nie wiedział co ze sobą zrobić. Osiem miesięcy temu stracił pracę, rozwój technologii zlikwidował zawód biologa molekularnego. Najpierw zniknęła praca, potem dziewczyna a na końcu mieszkanie. I co on teraz robi ? Zima w jego kraju jest straszna ,a on nie ma pieniędzy. Myślał, myślał, aż w końcu usiadł. Jeśli ma już umrzeć , niech przynajmniej będzie to śmierć wygodna.

    2. Kot siedział na parapecie i patrzył na świat. Obok przeszła starowinka i zgoniła go na ziemię. Co się będzie lenił?
    Obróbka:
    Spasiony kot Mruczek siedział na parapecie. Od zmiany właścicieli powodziło mu się nie najgorzej. Koniec z nudnym łapaniem myszy, zabawieniem młodszego dziecka właścicieli i psotami starszego. Nikt nie próbował go topić, a karmę dostawał zawsze. Zadowolony patrzył na świat. Jakim pięknym miejscem jest miasto !
    Z rozmyślań wyrwała go bezczelnie starowinka, która zgoniła go na ziemię, mokrą , brudną szmatką. Nie miała w tym żadnego interesu : parapet był czysty, nie było to jej mieszkanie ,ani tym bardziej jej kot. Typowe, bezmyślne starcze: Co się będzie lenił? . Mruczek wściekły wylądował na ziemi i fuknął. ,, Zapamiętam to sobie, suko ‘’ – pomyślał.

    3. Pieniążek robiła na drutach. Wielki wąż skryty w cieniu u jej stóp nie miał łatwego życia, bo pogryzły go myszy.
    Obróbka
    Ktokolwiek by zobaczył Pieniążek , niesławną szefową gildii złodziei robiącą na drutach, nie potrafiłby wyjść ze zdziwienia. Morderczyni, kobieta ze stali , haracz płaciła jej połowa miasta . Ale ona kochała to zajęcie. Pomagało jej się odstresować. Przypominało jej o mężu, którego poznała właśnie noszącego zrobiony na drutach sweter. A włóczkę dodatkowo można było rzucić oswojonemu wężowi, Adrianowi. Ten ostatnio biedny schudł. Jadu miał coraz mniej , ba ostatnio pogryzły go myszy ! Tego samego Adriana , który posłał do grobu siedmiu komorników, ośmiu skrytobójców i trzech króli . Tego samego, który był maskotką gildii . Musi się pewnie czuć straszliwie upokorzony- pomyślała Pieniążek – przypomina kogoś , kto wszedł na wysoką górę, po czym doświadczył upadku. Mam nadzieję ,że z moją organizacją tak nie będzie

  23. Jaga napisał(a):

    Suche kawałki drewna trzaskały pod ogniem, który wyrywał się do góry, jakby róbował dosięgnąć kufla trzymanego przez Teodora Beczułkę. Normalnie nigdy nie przyszłoby mu do głowy, żeby podgrzewać piwo nad ogniskiem. Przypomniał sobie smak schłodzonego napoju bogów orzeźwiającego w upalny dzień, po ciężkiej pracy. Prawie poczuł na policzkach muśnięcie lekkiej bryzy znad wody, jednak szczypiący mróz przywrócił go do obecnego momentu. Gdzie tam bryza, Teodor rozejrzał się wokół siebie, przestąpił z nogi na nogę, jak tancerz, który zaraz zacznie występ, po czym ciężko opadł na stojący za nim pień. Pociągnął wielki łyk z ogrzanego lekko kufla I oczy jego spoczęły nieruchomo na płomieniach. Znowu patrzył na pomarańczowe odbicie zachodzącego słońca, w szybkim nurcie rzeki nad którą wycinał las latem. Byle do wiosny.

  24. Natalia napisał(a):

    – Cholerna zima…
    Mróz nie przestawał dawać się we znaki. Do tej pory Teodor miał wątpliwości, czy aby w rozpaleniu ogniska nie brały udziału siły nadprzyrodzone. Może już tylko one mu zostały.
    – Języki ognia w prezencie od duszków. Teodorze Beczułko, martwię się o ciebie. Zaczynasz wariować. Napij się.
    Przelał piwo do kufla i przesunął w stronę płomieni. Nigdy wcześniej nie zwracał na nie uwagi. W szalonym tańcu wyglądały jak żywe. Ścigały się, zaplatały warkocze, przesuwały się pod wpływem wiatru, ale nie gasły. Były gorące. Żywe. Silne. Wiatr zaciął tak mocno, że po plecach przeszły mu deszcze. Przyciągnął pieniek bliżej ogniska i klapnął na niego mocniej, niż zamierzał.
    – Wydawało mi się, że jesteś wyższy. Cóż. Upadki zazwyczaj są bolesne.

  25. verte napisał(a):

    Cześć, czołem
    jako że z Ziem Odzyskanych przybywam wiec witam się po lwowsku.
    Uwielbiam poczucie humoru (pana) Tomasza. Po raz pierwszy czytając porady pisarskie śmieję się do rozpuku.
    Gratuluję i życzę wytrwałości a z porad skorzystam. Może nawet piwo postawię.

  26. Rajgona napisał(a):

    1) Wkrótce nadejść miała sroga zima, a jednym z jej zwiastunów było piwo przybitego na duchu Teodora Beczułki, którego chłód zdołał przeniknąć przez wyszczerbione z wieloletnosci ściany jego ulubionego, a zarazem jedynego kufla. Tym samym doprowadzając jego spracowane dłonie, które bezskutecznie starał się ogrzać w wysluzonych już rękawiczkach z odkrytymi palcami do zsinienia. Uniósł więc niezgrabnie kufel nad z lekka przygaszajace ognisko, którego ciepło odczuł jedynie jako subtelny powiew – doznanie to było jednak dla niego jedną z najprzyjemniejszych rzeczy, których doświadczal przez ostatnie kilka dni. Pomyslawszy, że to dopiero początek jego zmagań z nieuniknionym mrozem – zasiadł przy palenisku, zadumany, wpatrując się w oswietlajacy jego skostniale lica Księżyc, jakgdyby starał się dojrzeć w nim sensu tej jakże nie przychylnej dla niego pory…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *